Marka - konsekwencja, czy punkt wyjścia
 Oceń wpis
   

Czy marka jest konsekwencją? Czy może punktem wyjścia do planowania działań? Już od jakiegoś czasu toczę ideologiczny spór z branżą marketingową o definicję czym jest marka.
Zacznę od pytania, na którego odpowiedź wszyscy się zgadzamy.
A pytanie brzmi następująco: Czy marka jest wartością samą dla siebie, czy jest narzędziem biznesowym, w efekcie zastosowania którego uzyskujemy konkretną korzyść? Tu nie ma między nami różnic. Wszyscy jednoznacznie stwierdzamy, że marka JEST narzędziem biznesowym, w efekcie zastosowania którego uzyskujemy konkretną korzyść biznesową. Czy to będzie podniesienie marży, czy budowa bariery wejścia. Różnic tu nie ma, więc nie ma co roztrząsać tego problemu.
Jeżeli tu nie ma różnic, to w takim razie, gdzie się te różnice pojawiają?
Marketingowcy traktują markę, jako wartość samą w sobie. Ma to pewne uzasadnienie, na poziomie wyceny wartości niematerialnych w firmie, ale marketingowcy posługują się tu przykładami Coca-Cola czy Apple, które największe agencje wyceniają na grube miliardy dolarów. Ale czy kiedyś udało im się zmierzyć z wyceną marki np. marki zeszytów TOP2000, czy np. marki wydawniczej MT BIZNES?
Marketingowcy twierdzą też, że marka per se niesie za sobą konsekwencję na wszystko, co z marki wynika. I tu wcale bym nie miał problemów z taką definicją... W końcu przecież marka/narzędzie biznesowe i jej strategia (która w jakiś sposób powinna być tożsama ze strategią biznesu) powinna określać kierunki działania i podejmowanych inicjatyw wewnątrz organizacji. Tylko... to niestety nie działa. Dlaczego?
Po pierwsze dlatego, że marketingowcy myślą bardziej marketingiem, konsumentem, a mniej biznesem. Po drugie dlatego, że budując markę przenoszą ją na poziom abstrakcyjnego myslenia na temat komunikacji (wierząc bardzo żarliwie w fakt, że to komunikacja buduje markę). Właśnie ta żarliwość myślenia na temat sposobu budowy marki chyba mi w tym najbardziej przeszkadza. Bo ta wiara każe myśleć na temat marki na poziomie abstrakcyjnych pojęć takich jak osobowość czy wartości, które z trudnością można przełożyć na poziom decyzji taktycznych, bo przecież dotyczą one tonalności komunikacji, a nie poziomu zarządzania produktem, cenami, dystrybucją, promocjami, etc.
Tu wracam do sposobu rozumowania marketingowców co do metod budowy marki, tożsamych z komunikacją. Jeżeli komunikacja buduje markę, to odpowiedzią marketingowców na racje, stają się emocje. Uproszczenia, stają się zawiłą filozofią, zrozumiałą jedynie przez najtęższe umysły świata strategów marketingowych. Emocje stając się driverem komunikacji (oparte na predefiniowanych wartościach) stają się szybko polem walki teamów kreatywnych z agencji reklamowych. Abstrakcja goni abstrakcję. Kolejne flighty kampanii reklamowych stają się rozgrywką pomiędzy brand managerami (pamiętacie może walkę Play z Heyah?). A gdzie się podziewa konsument? Czy jeszcze o nim pamiętamy? Mogę tu mnożyć przykłady firm, które pobiegły tym tropem i szybko (lub wolniej) się z tego wycofywały. Jakie? Przypomnijcie sobie, co zrobił kiedyś z komunikacją Knorr, Hellmann’s, Dove, jakie były pierwsze flighty Play? etc, etc... Jakoś ten sposób budowy marek nie sprawdził się. Jeden z moich Klientów budował przez wiele lat markę na bazie zestawu wartości (abstrakcyjnych i bardzo ogólnych) i dziwił się, że agencjom trzeba zawsze tak długo tłumaczyć o tym, czym jest marka. A na koniec dnia i tak przychodzą z nieadekwatnym rozwiązaniami. Na szczęście już udało mi się trochę inaczej przestroić to myślenie :)
Jeżeli tak ostro wypowiadam się na temat tego sposobu budowania marek, to pewnie mam jakąś alternatywę... Otóż tak. Po pierwsze musimy zdać sobie sprawę z jednego podstawowego faktu, że marka nie jest budowana przez komunikację ATL. Ta jest tylko jednym z narzędzi informowania konsumenta o korzyściach, które dana marka dostarcza. Istnieje wiele dowodów, że tak właśnie jest. A te dowody to chociażby firmy, które zbudowały niezwykle silne marki konsumenckie (podkreślam: konsumenckie) nie wykorzystując w ogóle do tego komunikacji. To ZARA, Starbucks i wiele wiele innych. Komunikacja jest narzędziem biznesowym i wiele firm, szczególnie na rynku B2C stosuje ją, żeby zapewnić zbyt produktów. To właśnie dzięki komunikacji masowej firmy docierają do świadomości konsumentów, budują przekonanie o tym, że ich produkt jest lepszy, informują o promocjach etc. I tyle. Aż tyle? Zauważcie, że to najczęściej dzieje się na rynku dóbr szybko zbywalnych, w których nieobecność z reklamą w mass mediach może zaszkodzić off-take’owi produktu z półki.
Większość biznesów budowana jest jednak zgoła inaczej. Nikt nie rozpoczyna od marki i od promocji (a dlaczego? Przecież w myśl teorii marketingowców tak właśnie powinno być! Sic!).
Najpierw budowana jest określona KORZYŚĆ, dla określonej grupy odbiorców. Ta następnie jest obudowana czynnościami, które umożliwiają jej dostarczenie. Jeżeli biznes dostarczający tę KORZYŚĆ jest sukcesem, to struktura biznesowa zaczyna się optymalizować i konsument\klient kupujący tę KORZYŚĆ zaczyna ją świadomie i powtarzalnie kupować. Bo otrzymuje określoną KORZYŚĆ. Czym w tym momencie jest marka? Tylko i wyłącznie ETYKIETĄ do dostarczonej korzyści. I niczym więcej. Nie żadną abstrakcyjną osobowością, czy zestawem generycznych wartości.
Potem biznes strukturyzuje się, rośnie w siłe, generuje coraz większe przychody, które każą myśleć o kierunkach rozwoju. Zaczyna działać teoria stretchingu (strategii jako rozciągania, np. na nowe kanały dystrybucji, nowe rynki, nowe produkty, etc). Komunikacja staje się narzędziem do np. dotarcia do nowych klientów/konsumentów, przekonania o zaletach (KORZYŚCIACH) produktu, skutecznego wejścia w kanały sprzedaży. Ale przekazuje te korzyści (value for customer), na których marka została zbudowana, wierząc że właśnie te korzyści przekonają konsumentów do nabycia ich produktów.
Pointując: Marka jest KONSEKWENCJĄ sumy dostarczanych korzyści (racjonalnych i emocjonalnych), swoistą ETYKIETĄ dla nich. Ale marka nie jest abstrakcyjną wartością budowaną przez komunikację na bazie emocjonalnych przekazów.


Komentarze (2)
Marka jest kosekwencją, a nie celem
 Oceń wpis
   

Trochę sprowokowany reakcją na mój ostatni wykład w Szkole Strategii Marki SAR, a trochę z potrzeby podzielenia się moimi przemyśleniami, wreszcie zmobilizowałem się, żeby napisać kolejnego posta. A temat wcale nie jest prosty...

Zacznę jednak ab ovo... ale bez zbędnych definicji - no może, poza jedną - najprostszą na świecie definicją biznesu, która mówi, że:

P = R - C => P = p*V - C     - tj.  P (profit)R (revenue) - C (costs), a R = p (price) * V (volume)

Jeżeli przyjąć taką definicję biznesu, to pojawia się pytanie, gdzie w tym wszystkim jest marka? I odpowiedź wcale nie jest trudna! Przecież po to mamy markę by sprzedawać więcej (volume) i uzyskiwać wyższą cenę (price). Czyli marka osadza się w biznesie w części przychodowej. To jasne. Jak będziemy sprzedawać więcej? Wtedy, gdy zapewnimy dostępność produktu (dystrybucja) i dotrzemy z informacją o produkcie (komunikacja). A jak uzyskamy wyższą cenę? Wtedy, gdy będziemy w stanie przekonać klienta, że nasz produkt jest warty zapłacenia tej wyższej ceny.

Pozostaje pytanie inne, a mianowicie: co kupują klienci? Wartości czy korzyści? W tym miejscu wielu marketingowców się poczuje nieswojo, ale ludzie płacą za korzyści, a nie za abstrakcyjne wartości. Inna rzecz, że te korzyści mogą być racjonalne, bądź emocjonalne - to prawda. Ale zawsze będą to korzyści.

Jeżeli ludzie kupują korzyści, to czym jest marka? Amalgamatem unikatowych abstrakcyjnych wartości, czy metką do dostarczonych klientowi korzyści? Czy nie jest tak, że jeżeli kowal ze Złotkowa jest sprawniejszy niż kowal z Kępnicy, to warto więcej zapłacić za podkucie konia właśnie w Złotkowie, pomimo że kolejka jest dłuższa i ten kowal życzy sobie dwa razy więcej za usługę? Tak właśnie powstały marki - jako etykiety do dostarczanych korzyści.

W tym miejscu rodzi się jednak pytanie - czy aby na pewno tak wiele się zmieniło? Czy teoretycy marketingu i reklamy nie poszli zbyt daleko, tworząc z marek samoistne byty, za którymi stoją abstrakcyjne wartości i które walczą na najwyższym poziomie strategii jako sztuki wojny von Clausewitza czy Sun Tzu?

A jeżeli byśmy wrócili do starej dobrej definicji marki, jako metki dla dostarczanych korzyści? Czy ten sposób podejścia w ogóle wytrzymałby konfrontację ze współczesnością? I tu okazuje się, że nie tylko wytrzymuje. Powiedziałbym więcej - pozwala sprowadzić markę do jej pierwotnej roli w biznesie, jako stymulatora części przychodowej biznesu.

Zastanówmy się na chwilę np. nad marką IKEA. Każdy z nas ma pewne konkretne skojarzenia z IKEA. Wszyscy czujemy, że na ta marka to styl i coś więcej. Ale marka powstała jako dodatek do konkretnych korzyści dostarczanych klientom, które można w sposób jednoznaczny zdefiniować w sklepie, a mianowicie - za niską cenę (1) firma ta sprzedaje pomysłowe i funkcjonalne rozwiązania dla domu (2) w charakterystycznym (szwedzkim) stylu (3), na które nie musisz czekać, bo wszystko (większość) jest dostępne na miejscu (4). Ten układ korzyści nie buduje abstrakcyjnej wartości, ale wiązkę konkretnych korzyści, które są dostarczane do klienta z jasno sprecyzowanej grupy celowej. A marka IKEA stanowi tylko/aż etykietę dla tak zdefiniowanych korzyści.

Takie podejście ma swoje konsekwencje dla zarządzania marką. Podstawą dla jej budowania i zarządzania staje się zdefiniowanie korzyści - wartości dostarczanej klientowi (value for customer) i zarządzanie nią w taki sposób, by maksymalizować tę korzyść. Większe znaczenie zaczyna nabierać poszukiwanie nowych obszarów dostarczania korzyści przez współtworzenie wartości z klientem/ konsumentem (value co-creation), niż konkurencja na poziomie wojennych rozgrywek taktycznych. Zrozumiał to między innymi Procter & Gamble, tworząc wielkie centrum współtworzenia wartości z konsumentem. W takim miejscu pracownicy P&G wspólnie z konsumentami próbują określić ich codzienne potrzeby, które firma mogłaby skutecznie rozwiązać - w ten sposób tworząc konkretną korzyść dla klienta. Bez konieczności zgłębiania teorii wojennych Carla von Clausewitza.

pRFL

Komentarze (0)
Najnowsze wpisy
2010-06-10 00:19 Modele marek (1)
2010-06-03 18:56 Marka - konsekwencja, czy punkt wyjścia
2010-02-11 13:51 Słowo o value co-creation
2009-12-16 16:34 To nie zysk określa cel biznesu
2009-12-11 12:58 O strategii raz jeszcze
Najnowsze komentarze
2010-07-28 11:55
Rafał Kołodziej:
Modele marek (1)
No nie wiem... czy szkoda... Ja widzę zupełnie inny problem. A mianowicie jakości zarządzania w[...]
2010-07-28 11:45
Rafał Kołodziej:
Modele marek (1)
Wojtek, o tym będzie za chwilę, jak tylko zbiorę się do drugiego wpisu. Osobowość to pewne[...]
2010-07-24 19:23
Łukasz - Ardeum.pl:
Modele marek (1)
Szkoda że modele marek to jednak ciągle sztuka dla sztuki. Ich praktyczne wykorzystanie ciągle[...]
O mnie
Rafał Kołodziej
strateg, innowator, poszukiwacz